|
środa, 11 kwietnia 2007
Kiedy zacząłem wierzyć w Boga.
- Wiesz kiedy zacząłem wierzyć? To było bardzo niedawno. Może dwa, dwa i pół roku temu. - Dlaczego tak późno? - To musiał być impuls. Wiesz, pewien zwrot. Nic nie dzieje się bez przyczyny. - A Babcia? Rodzice? - Babcia tak. Wpajała mi religijne maksymy z dużą zaciętością. Wiesz jakie są Babcie. Obecny świat juz takich nie urodzi. Nie wierze w to. Pamiętasz jak mówili Ci, nie wchodź na drzewo? A Ty i tak nie słuchałeś, robiłeś swoje, a potem oddałbyś całe swoje marne kieszonkowe by ujarzmić swędzenie pod gipsem? - Co masz na myśli? - To, że jeśli nie dostaniesz dowodu, to suche teorie nic Ci nie powiedzą. Zwłaszcza jak jesteś dzieckiem. Odmawiasz "paciorek" i nawet nie wiesz po co, dlaczego. Bo tak trzeba? To niedorzeczne. - Zatem udawałeś? Przed Bogiem to i tak nie przejdzie. - Nie rozumiesz. Być głęboko wierzącym pięcio, dziesięcio latkiem to i tak aberracja po całości. To głupota i doskonale o tym wiesz. Wierzyłem tak, ale było to zupełnie suche, sztuczne. - Bluźnisz Paweł. - Komu? Bogu? Przecież powinien być szczęśliwy, że są ludzie, którzy nie chcą się uczyć wiary, miłości, a dochodzić do niej. Ja taki byłem. Ale chyba nie sądzisz, że o tym mówiłem? Oceniam z perspektywy czasu. Dzieciak taki jak ja miał inne problemy. Jak nie odrabiać lekcji na następny dzień, czy jak zdjąć frotkę z włosów koleżanki, tak szybko, by zdążyć uciec. Pomyśl co by się działo, gdybym cos powiedział. - … - Właśnie. Raz wypaliłem przy Siostrze, że przecież Boga może nie być. Byłem malutki, może chciałem wzbudzić zainteresowanie. W każdym razie – pełna konsternacja. Nie chcę mówić, że nie wierzyłem. Wiesz, raczej nie miałem przekonania, 100% pewności. Myślę, że nikt jej nie ma.. - Żartujesz. - Właśnie tak! Nawet nie próbuj mi wmawiać, że stworzył mnie Bóg, że stworzył świat. Dobrze, wiem to, załóżmy, że wiem i przyjmuję. Ale tym mogły rządzić równie dobrze inne przyczyny. Myśl co chcesz, ja mam swoje zdanie. - Więc co z tym impulsem? - Cud. - Doświadczyłeś cudu? - Tak mi się wydaje. Patrząc z drugiej strony, wszystko to było dosyć racjonalne. Pomysł, działanie, w końcu – określony wynik. Nurtuje mnie pytanie, czy Bóg „sam z siebie”, z własnej woli staje się ojcem cudu, czy dzieje się tak na skutek próśb ludzkich. - To jest jakaś różnica? - Myślę, że zasadnicza. - Dobra nieważne, wróćmy do tego cudu. Co rozumiesz przez to pojęcie? - Wiesz, to coś mistycznego. Realizacja niemożliwego.. To coś.. - Zatem takich cudów doświadczyłem tysiące. - Powiem inaczej. Cud nieodłącznie wiąże się z moją wiarą w Boga. O tych cudach mówię. O ile Ty nie możesz mieć pewności, że Twoje „wypadki” pochodzą od Boga, tak ja ją mam. - Jakim cudem? Hmm przepraszam, powiedziałem to nieświadomie. - W porządku. Wiem, że moja interwencja, pociągnęła za sobą działanie Boga. - Skąd ta pewność? W jakiej sprawie się do Niego zwracałeś? - Miłość.. - Pomógł? Skąd wiesz, że to Jego zasługa? - Mam świadka. - Kogo? - Babcię.. - Opowiedz mi o tym. - Pamiętasz jak po wakacjach rozstałem się z Evką? Jak ciężko mi było gdy zrozumiałem swój błąd? Gdzie wtedy szukałem pocieszenia, pomocy? - Jak trwoga to do Boga.. - Niestety. Ale wydaje mi się, że nie jestem wyjątkiem. Tak to już jest, że ludzie odczuwają największą potrzebę Boga wtedy, kiedy każde inne wyjście zawodzi. - To niesprawiedliwe. Bóg jako rezerwowy wybawiciel? - Nie przesadzaj. Nie zmienisz tego. - Więc jak to było z Evką? - Około dwa i pół roku temu wegetowałem po rozstaniu. Wszelkie rozwiązania zawiodły i należało wywiesić białą flagę. Głowa pełna pomysłów gdy masz problem. Pomysłem był Bóg, ostatnia nadzieja. - Wierzący od święta? - Ty dalej swoje. Pogódź się z tym. Wracając do sedna sprawy. Ostatnią moją nadzieją był nie tyle Bóg, a moja Babcia. Wiesz, jest jakaś hierarchia, której należy przestrzegać. Gdy w szkole miałeś problem najpierw kierowałeś się do wychowawcy, a nie od razu do dyrektora. - Co masz na myśli? - Po śmierci dusza mojej Babci poszła „w górę”. Nie mam wątpliwości, bo była wspaniałą Kobietą. Zatem gdy siedziałem na cmentarzu przy Jej grobie wiedziałem, że tylko Babcia może mi pomóc. Była moją ostatnią nadzieją. Bóg mnie nie słyszał. Próbowałem ale byłem chyba za daleko. Zbyt oddalony duchowo. Babcia stała się pośrednikiem. Wiesz, wydaje mi się, że „znajomości” tak samo dobrze funkcjonują „tam”, jak i u nas. Klęczałem i prosiłem. Płakałem, żarliwie odmawiając modlitwy. To była ostatnia próba zmiany biegu wydarzeń. Jeśli to nie pomoże, to koniec, poddaję się. Niech będzie co ma być. - Ile czekałeś? - Wiesz, sam nie wierzyłem w powodzenie. Może dwa, trzy tygodnie później stał się cud. I doskonale wiedziałem, że to nie przypadek. To interwencja kochanej Babci dała określony efekt. Mów co chcesz, ja w to wierze. Powiem Ci, że każdy z nas ma inny powód by nosić krzyż na piersi. Mój cud do Ciebie nie przemawia. Każdy wierzący ma swoje powody, otrzymał dowód, że „tam na górze” ktoś sprawuje pieczę. Może Ty tego nie czujesz, ale tak samo ja nie potrafię zrozumieć przyczyn wiary innych. Kochana Babcia, zawsze mogłem na Nią liczyć. Nawet po śmierci nie zostawiła mnie samego. I do dziś czuwa nad nami. - Dla mnie to i tak słabe wytłumaczenie, ale.. - A czy w obrębie wiary, religii stać Cię na lepsze? - Być może tak jak stworzeniem świata rządziły inne przyczyny – sam tak mówiłeś – to może i w tym przypadku było podobnie? - Ja o swój cud prosiłem. Stworzenia świata nikt się nie domagał. - Niech Ci będzie Przyjmuję Twój cud za dowód. - Wystarczy, że dla mnie jest. Bóg bardziej ceni tych co darzą go miłością racjonalnie wytłumaczalną, od tych w których tą miłość kształtowano od najmłodszych lat. Takie jest moje zdanie. A Ty? - Słucham? - Wierzysz w siebie? W to co zrobiłeś? W swoją moc sprawczą? - Wierzę.., ale nie mam pewności. - Ważne, że ja ją mam.. Boże. ( "Rozmowa z Bogiem" to notka rozpoczynająca nowy okres. W praktyce nic się nie zmieniło, ale tym razem będę tu częściej, zdecydowanie częściej. To co zamknąłem 25 kwietnia 2006 roku, teraz rozpoczynam na nowo z innymi założeniami i pomysłami. Będę chciał bawić, śmieszyć, troskać, być może skłonić do refleksji. Dlatego tytuł strony od dziś zmieniam na "bliżej", co w szerszym tłumaczeniu oznacza: "przeczytałeś, to w jakiś sposób zbliżyłeś się do mnie, lepiej zrozumiałeś, poznałeś". Stronkę adresuję do Przyjaciół, Rodziny, Znajomych i ludzi zupełnie obcych. Powtarzałem to często, ale nadal będzie cieszyć mnie fakt, gdy przeczytasz i zostawisz po sobie ślad. Nie proszę byś wyczerpująco komentował, po prostu spraw abym wiedział, że mam dla kogo to pisać. Oczywiście piszę dla siebie, ale Wasze zdanie liczy się dla mnie szczególnie. Kilka dni temu wróciłem wspomnieniami do momentu, gdy zeszliśmy się z Evką. Od tamtego czasu minęło już prawie dwa lata. Do dziś jednak wierzę w przyczyny tego powrotu. Szczęśliwie stały się one podwaliną dla mojej wiary w Boga. Piszę to z pełną odpowiedzialnością i powagą. Chcę aby każdy znalazł i taki dowód dla siebie. Wtedy będzie cieszył się w pełni z otrzymanego błogosławieństwa. Pozdrawiam wszystkich życzliwych. Idę spać i mam nadzieję, że za kilka godzin coś pomoże mi powstać z łóżka.)
wtorek, 25 kwietnia 2006
"Dawno nie oznacza nigdy. Orzechy w kupce
pleśnieją..." Zajadając kolejne zbożowe ciasteczko zalane miodem obiecuję sobie zmianę. Zmianę ale czego? Tego co jak na razie przynosi mi zyski i przyjemności? Życia nie zmienię bo i po co. Po wczorajszym powrocie ze stolicy zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę niczego więcej niż posiadam nie potrzebuję. Mam najcudowniejszą Kobietę, dzięki której życie upływa mi w takt miłosnej kołysanki. Wspaniałych Przyjaciół na których mogę liczyć, choć tak naprawdę nie pamiętam kiedy ostatni raz się z Nimi wszystkimi widziałem. Niezawodnych kumpli obydwu płci. Pierwszorzędną Rodzinkę, której zawdzięczam niesamowicie dużo i pewnie otrzymam jeszcze więcej. Jestem zdrowy, szczęśliwy i życie nie doświadcza mnie na tyle, bym mógł/powinien narzekać. DOSYĆ – nie zapeszam !!! Maj coraz bliżej a i ze sobą trzeba zrobić jakiś porządek. Kupić buty do gry w nogę, bo stare nie nadają się do użytku. Nie zapominać o codziennym joggingu, który przecież tak uwielbiałem. Tyle jest rzeczy których chciałbym spróbować, tyle miejsc zwiedzić, poczuć niedoświadczoną dotychczas adrenalinę...po co? By poczuć czym jest życie i troszczyć się każdego dnia o przyszłość. Obiecywałem sobie i wszystkim dookoła, że nie zawiodę, że kolejna notka to tylko kwestia kilku dni. Tymczasem minęło ... kilka miesięcy. Robiłem schemat, wspominałem co mógłbym napisać, ale dość tego, koniec ze schematami. Teraz nie obiecuję a stwierdzam, że kolejne wypociny wypłyną spod klawiszy klawiatury na przełomie zaledwie kilku dni. Jeśli nie, to możecie mnie zlinczować !!! Wsłuchany w takt „Mind Of The Wonderful” Blank & Jones, leżąc na środku ciemnego pokoju zamykam oczy i odpływam. Odpływam w krainę przyjemności, rzeczy, które kocham robić i które tak delikatnie łechcą moje fizyczne i intelektualne podniebienie. Rano wstanę najpóźniej jak będę mógł. Poczuję zapach świeżo parzonej kawy. Wyjrzę przez okno w poszukiwaniu zapomnianych, mocnych i jaskrawych promieni słońca i zapytam: „czego tak naprawdę mi jeszcze brakuje?”. A wszystkim tym, którzy nie potrafią znaleźć choć odrobiny szczęścia w swoim życiu, ciągle narzekają, szykanując los za żywot, którego pozazdrościłaby niejedna istotka na tym „wrednym” świecie, pragnę prosić o jedną przysługę. Choć raz spójrzcie za i pod siebie, na ludzi którzy też mają pragnienia. Pozostawcie Im zaledwie troszkę miejsca na ich marzenia, aby mogły się spełnić. Uwierzcie, że nie mając nic, można mieć wszystko... Z poważaniem – Wasz Paweł, Rudy, Rudii, Rudziaszek, CZarek... Idę więc naprzód z marzeniami pod pachę, by sprostać wymaganiom rzeczywistości. Wiem, że ziści się to czego pragnę, gdyż jestem zatracony w miłości... Ja
sobota, 14 stycznia 2006
Cisza w eterze przerwana - Powrót Boga UWAGA !!! Trzy kolejne notki to całość !! Proszę o komentarze na samym końcu !!
Rozdział 1 "Kilka Nocy Poza Domem" Podniosłem głowę. Z prawej strony dogorywał Grzesiek. Ostatnimi siłami podniósł głowę i oparł na zdrętwiałych dłoniach. Widać, próbował jeszcze walczyć. Atak był jednak na tyle mocny, że nie mógł się mu przeciwstawić. Obok mnie z przeciwnościami losu zmagał się Tadek. Śmiesznie musiał wyglądać Jego opór. Pomyślałem: "oboje już przepadli". Ponieważ moja sytuacja była równie niebezpieczna, żeby nie zostać sam walnąłem Tadka w plery. Na chwilę się obudził. Spojrzał na mnie, ale w Jego oczach nie jaśniał żaden pozytyw. Grzesiek leżał bezwładnie na ławce, podczas gdy Tadzio słodko słaniał się i kiwał głową opartą na dłoniach. Usnęli...Oboje...Kurwa !! Że też sam będę musiał słuchać do końca tego beznadziejnego wykładu dr Placka. Gdyby Vera zapisała się na te same ćwiczenia miałbym przynajmniej z kim gadać. Otwarłem konsolkę Teda i zająłem się przeglądaniem zdjęć i śmiesznych filmików. Tylko to mi zostało i jedynie w tym upatrywałem szansę na szybsze zakończenie męczarni. Tak właśnie wygląda większość zajęć. Nie powiem, że wszystkie, bo co poniektórzy mogliby się załamać. W poprzedniej notce narzekałem, że coś się ze mną niedobrego stało. Na jakiś czas dałem sobie spokój ze zmasowaną ilością imprez, ale... No właśnie. Mniej więcej od listopada zaczął się złoty okres mojej słodkiej regeneracji. Pod koniec października jechaliśmy dopiąć sylwestra na ostatni guzik. 26 osób - to brzmi dumnie. Ten temat jednak wolę przemilczeć, bo jak wszyscy wiedzą na pytanie z rodzaju: 'jak Wam minął sylwester?" reaguję wyjątkowo drażliwie. tego samego wieczoru zaplanowałem wypad do Epsi. tydzień wcześniej zostałem pozbawiony tej przyjemności, więc teraz obiecałem sobie, że wreszcie tam dojadę. Dochodziła 23 kiedy zbieraliśmy się na Izdebnik. Ach ileż to osób deklarowało swoją obecność. Przynajmniej z 3-4 samochody. Skończyło się dosyć skromniej, ale znajomych w Epsi nie zabrakło, zresztą jak zwykle. Najważniejsze, że obiecałem Zorzuli, że będę a tym razem byłem aż nad zbyt zmotywowany by spełnić obietnicę. Równo 23:45 byliśmy w Epsi. Naprawdę dawno się tak nie bawiłem. Do końca i wyjątkowo szaleńczo. Ja, Evka, Zorza, Marcin, Sylwia i Agata (znajome Truśśki). Było nieźle przyznaję. Bakcyl imprezowania zaczął mnie dopadać. Kolejny raz chyba z tydzień później dopadliśmy klubik nieco wcześniej i jeszcze z bardziej balowym gronie:ja,Evka,Dominiczka,Karolina,Grześ,Mateusz,Tadek,Grześ2. Cały szczęśliwy wypchałem samochód po sam dach Dziewczynami i ruszyliśmy znów na podbój znanych nam okolic. Dziewczyny kręciły się w klatce, ja z Bratem (Grzesiem) wymiataliśmy na scenie, a Tadek z Grzesiem2 podbijali parkiet na dole. Jednym słowem - Epsi nasz. Mam nadzieję, że Ted był zadowolony z debiutu w klubie :) Epsilon, cóż tu dużo pisać, zwiedziliśmy jeszcze nie raz w tym czasie, ale naprawdę chyba nudno byłoby Wam to czytać. Z ważniejszych "bujanek" :) warto nabąknąć o Fusion i jakże oryginalnej imprze z murzynkami, podczas której to już naprawdę nie byłem w stanie zliczyć znajomych których postarałem się zebrać o jednym czasie, w jednym miejscu. Ale cóż udało się. Tadek z Grzesiem troszkę narzekali, bo cały czas r'n'b. Powiem szczerze, że mnie ten klimacik też powoli zaczął denerwować. Acha...oczywiście była jeszcze Rdza i inne... Dużo by pisać. Kto nie był niech żałuje, zwłaszcza komicznej sytuacji spod budki z kebabami :))) Podsumowując: KAZEK --- DOMINIKA --- KAROLCIA --- KAMILA --- ZORZA --- MARCIN --- TADEK --- GRZEŚ --- BRAT (GRZEŚ) ---> to grupa ludzi z którymi warto być na każdej imprezie. No oczywiście + Truśśka i Ja :D Rozdział 2 "Spór w Konfesjonale. Małe Grzeszki Pana B." Wchodząc do kibla zawsze głowiłem się nad jednym problemem (widocznie nie mam większych). Załatwiać "lżejszą" potrzebę przy opuszczonej desce i tym samym ryzykując Jej zabrudzenie własnymi spuściznami w razie wykazania się brakiem celności. A może zaryzykować i podnieść, tym samym stwarzając komfortowe warunki następcom. Jednak ta druga opcja wiązała się z pewnym zagrożeniem. A nóż decha nie wykazuje sterylności i podnosząc ją narażam się na niebezpieczeństwo pozostawienia na swoich rękach jakiegoś gówna (nie dosłownie). Problem ten zawsze zamydlał mi oczy gdy stawałem nad publicznym sedesem. Aż strach pomyśleć na jakie rozmyślania byłbym narażony gdybym był zmuszony załatwić tę nieco bardziej skomplikowaną potrzebę... Czasu miałem nie dużo, bo ćwiczenia zbliżały się coraz bardziej, a musiałem przecież zająć strategiczne miejsce w ostatniej ławce by w spokoju móc przeglądnąć jakąś gazetkę lub oglądnąć cos na konsolce. Wbiegłem do kabiny i... ... ... moim oczom ukazał się śliczny sedesik z podniesioną deską. Ach cóż za luksus :)) Załatwiłem to co miałem załatwić błyskawicznie, ale oczywiście coś nie dawało mi spokoju. Opuszczę deskę, TAK - jak kulturalny człowiek, ale na pewno nie rękoma. uniosłem nogę tworząc pomiędzy udami kąt 45 st. i lekko zahaczyłem szpicem przedmiot. Opuściłem cicho i zgrabnie, po czym dumny zacząłem zbierać się do wyjścia. O ŻESZ KURRRWA !! MÓJ BUT !! Na ciemnej brązowej skórce w blasku wc - towych reflektorów pobłyskiwała plamka.. no właśnie czego. Gdybym się tak zaczął głowić nad jej pochodzeniem to na pewno bym nie zdążył. Klnąc cicho pod nosem na własną głupotę wyczyściłem mokasynka papierem i wyszedłem. Cóż moi drodzy, większość z Was zapewne nie widzi problemu, gdyż My faceci mamy pisuary, ale niestety nie wszędzie :(( Okey, załóżmy, że jestem idiotą... J Święta nie zapowiadały się specjalnie atrakcyjnie. Jedynie chrzciny i jakże dumna rola w jakiej miałem wystąpić, sprawiały, że jednak po cichu na nie czekałem. Ojciec chrzestny, to brzmi dumnie. J Nie da się ukryć, mam wyjątkowo „udanego chrześniaka”. Ten dzień wypadł solidnie pomimo niektórych ciężko strawnych tematów poruszanych przy ossstro zastawionym stole. Jako jedyny nie pozwoliłem sobie na opuszczenie urodzin kumpla. Pomimo, że w środku tygodnia, pomimo późnej pory, pomimo całkowitego zamulenia i braku ochoty do świętowania jako JEDYNY nie pozwoliłem sobie na opuszczenie tego ważnego dnia kumpla. Nie da się ukryć, że od pewnego czasu z Kaziem zaczęliśmy nadawać na podobnych falach. Chyba lepszego do imprezy nie znajdę. Zawsze na tak, nigdy na nie. Wylądowaliśmy w „Boro” na rynku. Ja i Jego znajomi. Posiedziałem może z 1,5 godzinki, bo jakoś nie miałem specjalnie nastroju do zabawy. Jako przedstawiciel naszej paczki szybko wykonałem zadanie złożenia życzeń, zapakowałem kufel i popielniczkę do plecaka i udałem się w drogę powrotną do domku. Gryzie i zastanawia mnie pewna rzecz. Około 10 miesięcy temu zerwałem bardzo rokującą i mająca pewne przygody... przyjaźń. Hmm przyjaźń to stanowczo za dużo powiedziane. Cicho życzyłem sobie, aby to wszystko co było raz na zawsze znalazło swój kres. Swoją drogą nie spodziewałem się, że tej osoby już nie spotkam, bo mieszkamy raptem kilka kroków od siebie. Jednak daremne nadzieje. Pod koniec grudnia otrzymałem ewidentny sygnał. Wyciągnięto do mnie rękę na zgodę. Niestety, mam widocznie osobowość zbliżoną do kociej, gdyż raz skarcony ręką, już nigdy nie dam się nią pogłaskać. Jestem nieufny, a gdy ktoś raz w moim przekonaniu okaże się osobą zakłamaną i fałszywą to już nigdy na przymiotnik „przyjaciel” nie zasłuży (oczywiście powtarzam: W MOIM PRZEKONANIU). O tejże historii przypomniałem sobie na myśl o saneczkach i naszych wspólnych szaleństwach w parku Jordana. Chociaż tylko raz w tym roku ale zawsze. Sanki, siatki, jabłuszka, jednym słowem wszystko na czym można usadowić dupę było niezbędne. Pamiętam jak rok temu ja, Eryk i... Katka razem, jak dzieci wariowaliśmy podczas każdego zjazdu. Tej zimy skład nieco inny, ale jakże przyjemny: Evka, Dorcia, Eryk i jaa. Jak zwykle zajebista zabawa :D - Wybraliście najprymitywniejszą formę miłości... No nie ! Kurwa ! Siedziałem w konfesjonale i przez głowę przelatywały różnego rodzaju złowrogie myśli oraz słowa którymi świetnie można je opisać. Nie będzie mi „jakiś”... W porę jednak powściągnąłem lejce i z równie wielkim spokojem zareagowałem: - W naszym związku seks nie jest podstawą, a jego dopełnieniem. Byłem stanowczy i spokojny. Mój głos wystarczająco to wyrażał. A kij najwyżej nie otrzymam rozgrzeszenia i na chrzciny pójdę, jakby to powiedzieć, lekko nieprzygotowany. Albo wybiorę inny kościół i kolejną spowiedź rozpocznę formułką: „Proszę księdza, ostatni raz u spowiedzi byłem... 5 minut temu”. Traktuję za wyjątkową złośliwość Wielkiego Pana Boga uznanie przedmałżeńskiego Seksu za grzech. Jeśli kocham i wiem że „to Ta” to myślę, że kilka głupich podpisów w urzędzie stanu cywilnego niewiele zmienia. ZWŁASZCZA ŻE à wpadamy w kolejną pułapkę chcąc nawet po ślubie korzystać z udogodnień współczesnej techniki: prezerwatyw itp. To też grzech ?? Taaa, dla mnie to jedno wielkie zamknięte koło z którego nie ma racjonalnego wyjścia. Na ten temat mogę jeszcze dłłługo pisać i snuć wielkie traktaty, ale tym razem chciałbym wiedzieć co Wy Kochani o tym sądzicie. Zapewne macie wiele ciekawych rzeczy do dodania. Czekam. Odchodząc od konfesjonału nie mogłem nie ulec wrażeniu, że kilka par oczu nie może się ode mnie oderwać. No tak pewnie podziwiali największego grzesznika na Krowodrzy. Cóż tu dużo pisać. Troszkę mi zeszło, a Enrico, który był w kolejce za mną, zdążył już odbębnić pokutę i spokojnie czekał. Czas zleciał nieubłaganie na dialogu z Księżulkiem. Jak pierwszy dzień świąt mogłem zaliczyć do udanych to drugiego zaplanowane było wielkie wariactwo. Oczywiście – Epsilonek. Cały dobry humor wziął w łeb gdy musiałem ruszyć na jego podbój bez chorej Truśśki. Musiałem – bo byłem kierowcą. Rozsiadłem się wygodnie w poldku Ojca Kazia i ruszyliśmy na dwa wozy. Ekipa znów nieco zróżnicowana, ale jakże dobrana. Przez pierwsze 1,5 godz. nie miałem ochoty na nic. Chciałem pozabijać wszystkich. Bez Evki to nie to samo. Potem wszyscy pobalowaliśmy a dzięki ostro spitemu Dennisowi zaliczyliśmy nieco wcześniejszy powrót. Było co wspominać. Zepsute ogrzewanie przedniej szyby, dzięki której pół drogi spędziłem jak pies z łbem za oknem, próbując utrzymać poldka mniej więcej między poboczem a osią jezdni. Oryginalna policyjna kontrola: „Chuchnij Pan!” była ozdobą wypadu. Jeszcze tylko kebab i frytki z Kaziem w rynku i po 5 zawitałem do domku. Mniej więcej w drugim tygodniu grudnia wpadłem na pomysł wypadu do Bielska – Białej, do Silver Clubu na A*T*B. Dziś Mamy 12 stycznia 2006 i stan wygląda tak: 4 samochody i 17 osób !!! Wszyscy przy odziani w bilety gotowi na wielką imprezę z Andre. Spełniam życzenia Trussi J Wielkie RESPECT dla Wojtasa, Brata, Kazia za zajebistą organizację. W skrócie 9 kobitek + 8 jurnych chłopaczków. Na samą myśl o wyjeździe po brodzie zaczyna lecieć mi ślinka, tak się napaliłem !! I pomyśleć jak nieśmiało i raczej z małą wiara wcielałem ten pomysł w życie. Przynajmniej rekompensuje sobie sylwka.
Trussia, Mamcia i Papcio z moim Chrześniakiem. Ciąg Dalszy Nastąpił...
Rozdział 3 „Delikatnie Mówiąc: Podsumowanie. The Year Of Love” Stałem przy gablocie z ogłoszeniami przy Kościele mariackim. Jednym uchem przysłuchiwałem się monotonnej rozmowie redaktora z dość niekumatą dziewczyną. Przeprowadzają wywiad dla telewizji a wybrali do niego taką... ciotę. No szlag mnie trafiał: - Czy te święta będą dla Ciebie wyjątkowe ?? - Yyyy, nie. - A czy będzie Ci kogoś brakować ?? - Nie. - Nikogo bliskiego ?? - Nie. - Czy w tym roku nie odszedł nikt Tobie, a nawet wszystkim Polakom bliski ?? - Nie. No kurwa mać Kobieto !! Papież, Papież !! (miałem ochotę pchnąć Ją w zaspę śnieżną i zająć miejsce) - A Jan Paweł II ?? - Yyy, a no… To by było na tyle jeśli chodzi o inteligencję Polaków. Rok zakończyłem w nieco okrojonym składzie. Od ładnego czasu miałem ochotę się napić i tak też potraktowałem tego sylwka. Zwłaszcza, że nie musiałem trzymać specjalnie fasonu. Jednak ku mojemu zdziwieniu pomimo dużej intensywności alkoholu którym poiłem mój organizm, ten fantastycznie się jemu sprzeciwiał. A zawsze myślałem, że mam słabą głowę. Nowy rok przywitałem bez echa, a wcześniejszą ważną datę – Andrzejki – spędziłem też dosyć kameralnie. Kameralnie ale niezwykle miło. Od pewnego czasu, a dokładniej od samego początku zapatrywałem się na znajomość mojej Mamuśki z Anetą, jako na coś co może dobrze rokować. Aneta okazała się jak mogę mniemać doskonałą Przyjaciółką mojej Mamy, ale i naprawdę sympatyczną znajomą. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się jak miło można spędzić czas w starszyzno – młodzieżowym gronie. Wymieszanie pokoleń może być naprawdę niezłą zabawą. Dla niewtajemniczonych, Aneta jest niewiele starsza ode mnie J Cóż, ten rok był naprawdę bardzo udany: sylwester 2004,, wszelakie imprezy, cudowne urodzinki (dzięki Truśście) i wiele, wiele innych sytuacji wartych zapamiętania. Było jednak i wydarzenia, na które chciałbym w szczególny sposób zwrócić uwagę. Nadal trzymam je w głowie i nie potrafię zapomnieć. Po policzkach spływały łzy: szczęścia, radości, smutku, złości... Oto kilka z nich. Kolejność przypadkowa. 1. Zdany w ostatniej chwili egzamin u prof. Ryszarda Legutko. Człowiek, który teraz dumnie zasiada w senacie, z tytułem wicemarszałka, miał ze mną i z Tadziem nie lada przeprawę. Naprawdę nie chcę już czegoś takiego nigdy przeżywać. Jeden dzień, ostatnia szansa. Coś okropnego. Cały świat miałem przed oczyma gdy zakuwałem z tematyki filozofii starożytnej, a potem siedziałem naprzeciwko profesorka. Ale, udało się... I cudowny moment szczęścia. Życie wróciło na właściwy tor. 2. Śmierć najbliższych. Jana Pawła II – moment którego nie zapomnę. Ludzi, których wyraz twarzy zapamiętam do końca życia. Chwila uniesień i ... pokoju. Tak potrzebnego i tak wyczekiwanego. Tylko dlaczego konieczna była śmierć jednego człowieka. Te wspaniale połyskujące w blasku świec błonia, tysiące osób zagłębione w zadumie, marsze milczenia i... spojrzenia. Smutne oczy ludzi mijanych na ulicach. Tego potrzebował świat, niestety. Czasem mam pretensje do Boga, wytykam mu błędy. Wiem, że nie powinienem, ale nie potrafię tego powstrzymać. Śmierć Wandy Krawczyńskiej była szokiem, ale przede wszystkim momentem, kiedy naprawdę zwątpiłem w moc Bożą. Pytałem dlaczego. Nie znajdywałem odpowiedzi. Złość kazała mi odwrócić plecy i zerwać krzyż z piersi. Nie potrafiłem. Wiem jaki ból tą decyzją zadał moim najbliższym On. Wiem jaką goryczą smutku napawały mnie łzy przyjaciela. Wiem..., i dlatego przemilczę resztę. Niech wspomnienia nie powrócą. 3. Rocznica. Niezwykle ważny moment. Pamiętam jak dziś: pierwsze kocham, pierwsze pocałunki, dotknięcia. Kocham wspominać, ale tak naprawę dopiero od 27 listopada 2004 roku. Tą datę obraliśmy za oficjalny początek naszego związku. Po wielu przeprawach, właśnie od tego momentu miało wszystko już iść w odpowiednim kierunku. I idzie, do dziś. Gdy człowiek pierwszy raz wypowie magiczne słowo: „Kocham Cię” wszystko zaczyna wirować i zatrzymuje się przynajmniej o 180 st. w drugą stronę. Tak wspaniale jest czuć pierwszą prawdziwą miłość. Budzić się codziennie obok Tej jedynej. Kochać i być kochanym. Tak wspaniale jest czuć, że ma się dla kogo żyć i jest z kim przemierzać ten niesprawiedliwy świat. Gdy teraz spoglądam przez lewe ramię, wiem jedno... ... ... KOCHAM CIĘ Myszko. 4. Mistrzostwo Wisły Kraków. Znów kolejny rok świętowania i zabawy. Znów huczne śpiewy i dumne przemarsze. Sprawdzeni kumple obok w szalach, z piwem i trąbami w ręku. Warto żyć dla tych sekund, minut, godzin. Tych chwil było nieskończenie wiele. Na pewno kilku nie pamiętam, na pewno kiedyś sobie przypomnę. I znowu nastąpił. Część III - ostatnia. TU PROSZE O O KOMENTARZ WSZYSTKICH TRZECH !!!
W tym roku poznałem kilka osób, z niektórymi rozwinąłem znajomość, inni utrzymali ze mną wspaniałe stosunki, a niektórzy niestety zakończyli. W dosyć oryginalny sposób po krótce postaram się przedstawić moją jedenastkę sprawdzonych zawodników, na których nigdy się nie zawiodłem i wiem, że nasza znajomość potrwa. Ile? Czas pokaże. Niektóre komentarze proszę traktować w przenośni a opisy umiejętności piłkarskich proszę przyrównywać do osobowości i charakteru. STASIO (Stanisław Pelc) – BRAMKARZ – Pierwszy z trójki uj – owców. Chłopak nie do zastąpienia. Inteligentny i pomocny. Jak na bramkarza przystało, drużyna zawsze może na Niego liczyć. Służy pomocą i siłą swojej osoby. A prywatnie: Przez ten rok nigdy się na nim nie zawiodłem w sprawach naukowych. Służył pomocą i dobrą radą. Zdane egzaminy to również Jego zasługa. Ilość książek i notatek, które od Niego pożyczyłem już teraz nie jestem w stanie zliczyć. Trzymam się blisko z Vercią, Staszkiem i Tadkiem, to moja taka wielka trójca :P ENRICO (Eryk Krawczyński) – OBROŃCA – Chyba dożywotnio zapisze się w mojej jedenastce. Pewny i mocny obrońca. Wie czego chce i nie zmienia łatwo zdania. U niego Nie oznacza Nie, choć zdarzają się chwile niepewności. Walczy i zostawia zdrowie dla drużyny na boisku. A prywatnie: Przyjaciel, służący radą i dobrym słowem. Jedyny facet, który widział moje łzy. Proste: „weź się nie przejmuj” z Jego ust było miodem na moje serce. Choć czasem potrafimy się spierać, niepotrzebnie poróżnić, to jednak wiem, że warto mieć takiego gościa obok. IZUNIA (Iza Pełech) – OBROŃCA – Silna osobowość. Zawodniczka stojąca twardo na nogach, mająca swoje zdanie. Potrafi podnieść zespół w trudnych momentach. Stanie w obronie każdego pokrzywdzonego. A prywatnie: Dziewczyna o gołębim sercu. Zawsze mogłem na Nią liczyć. Zawsze służyła pewną i trafioną radą. Choć sama ten rok na pewno nie zaliczy do najlepszych, wiem, że każdy następny będzie jeszcze lepszy. Wiesz, że nie raz sobie pomogliśmy i nie raz pomożemy. Zawszę stanę obok gdy będziesz w potrzebie. Niestety w tym roku mieliśmy mało czasu dla siebie. ZORZA (Edyta Bajer) – OBROŃCA – Ostra zawodniczka. Niesamowity charakter i mocne stąpanie po ziemi. Jeśli ktoś z drużyny przeciwnej Jej podpadnie, już przepadł dla świata. A prywatnie: kochana Dziewczyna. Bardzo wrażliwa ale i stanowcza. Nie raz udało mi się poznać Jej twarde zdanie. Nigdy nie owija w bawełnę i jest cholernie szczera – za co ogromnie Ją cenię. Przytuli i poklepie po plecach jak jest źle. Bardzo dobra imprezowiczka. Pamiętam, że czasem, aż bałem się tego co zaraz może powiedzieć :P DORCIA (Dorota Belina) – POMOCNIK/DEFENSYWNY – Nic dodać nic ująć, zawodnik od mokrej roboty. Na boisku haruje za dwóch. Zawsze wzorowo przygotowana. Zdarza się, że nie czerpie przyjemności z gry, gdyż musi nadrabiać za innych. Można na Nią liczyć, nie zawodzi. Mając takiego gracza za plecami można spać spokojnie. Wyższy i silniejszy przeciwnik? Dla Dory to nie problem. A poza tym w zespole można liczyć na świetne zrozumienie tercetu: Dorcia – Enrico – Evkusia. A prywatnie: Choć często zdarzało nam się spierać i mieć baaardzo odmienne zdanie to jednak zawsze potrafiliśmy się dogadać. Doskonale widać Jej dobre serduszko. Bardzo sumienna i niezwykle pomocna. Nic na pokaz. Cenię Ją za to, że potrafi rzucić wszystko byle ktoś mógł się uśmiechnąć. Za to jak zaopiekowała się „moim ziomkiem” (Enrico) w najtrudniejszych chwilach, jestem Jej wdzięczny do końca życia. Warto jest mieć kogoś takiego w swoim towarzystwie. Niestety takich ludzi coraz mniej... L DOMINICZKA (Dominika Morbitzer) – POMOCNIK/SKRZYDŁOWY – Może nie za produktywna i specjalnie nie kreuje gry zespołu, ale razem z nim pójdzie w ogień. A prywatnie: Świetny duch drużyny. Miło jest się wybrać z Nią coś zjeść... Wesoła i zabawna. W złych chwilach znajdzie pocieszenie i porozmawia. Wie co to miłość i na pewno kieruje się serduszkiem a nie rozumkiem. Co na pewno zapisuję na plus. Również świetny kompan do zabawy. TADEK (Tadeusz Chudy) – POMOCNIK – Silny i żywiołowy gracz. Czasem zdarza mu się zbytnio wariować, ale czasem potrafi przespać mecz. Może nie najsilniejsza osobowość ale sprawdzony partner. Z Nim problemy przestają nimi być. Na boisku zostawia serce i nie można się na zawieść. Mistrz motywacji. A prywatnie: Jeśli z nim trzymasz, to pójdzie za Tobą w ogień. Świetny kompan i towarzysz do rozmów o Kobietach. Imprezy z Jego udziałem zawsze udane i znakomite. Poza tym chłop jak drwal a i to ma swoje zalety. Poza tym jego ciągłe gadanie, żebym zaczął ostro ćwiczyć chyba przyniosą wkrótce dobry efekt. Czasem potrafi być złośliwy i niepotrzebnie dogada, ale kurcze no, strasznie lubię tego gościa. Bez Niego chyba bym umarł na tym Uj-ocie. MAMCIA II (Wanda Krawczyńska – nadal czuję Jej obecność) – POMOCNIK – Kobieta żywioł. Kreatywna i pełna pomysłów. Z Nią w składzie zespół zawsze znajdzie wyjście z opałów. Żartobliwa i stanowcza. Wykonuje kawał dobrej roboty. A prywatnie: Niestety już odeszła od Nas. Jednak Jej moc nadal odczuwam. Wiele mnie nauczyła i odziedziczyłem tysiące pomysłów. Skarbnica mądrości praktycznej. Do dziś wiem jak powiesić koszule by niepotrzebne było żelazko. Jak zareklamować towar i kupić tańszy. Jak prać i zmywać. Które firmy robią najlepsze ciasta i w końcu jak przyrządzić najpyszniejsze kanapeczki pod słońcem. Niezwykle pomocna. Nie było dla Pani Wandy vel. Mamuśki II sytuacji bez wyjścia. Po prostu nie było. EVKUSIA (Ewelina Patrjak – moja Trussia) – POMOCNIK/SKRZYDŁOWY – Duch zespołu, JEGO SERCE i siła napędowa. Na boisku nakręca tempo i zespół nigdy nie może się z Nią nudzić. A prywatnie: Cóż tu dużo mówić moja najukochańsza Dziewczyna. Którą kocham, kochałem i zawsze będę kochać. Tak już nam zapisane w gwiazdach. VERCIA (Weronika Czyż) – NAPASTNIK – Niby cicha Myszka a zawsze wepchnie nogę, czy głowę tam gdzie potrzeba. W trudnych chwilach znakomicie współpracuje z zespołem. Niepozorny napastnik ale wnoszący tuzin dobrych aspektów w grę. Gdy jest w dobrej sytuacji, a widzi partnera w jeszcze lepszej, zawsze podaje. Nigdy nie myśli tylko o sobie. A prywatnie: Super kumpela z Uj-u. Ciekawe czy jeszcze o czymś nie zdążyłem Jej powiedzieć. W naszych stosunkach wesoła i sympatyczna. Nasze rozmowy na karteczkach podczas zajęć powinny ukazać się już w kilku tomowej encyklopedii. Zawsze mogę na Nią liczyć. Nie zasłania kartki na egzaminie i stara się pomóc. Poświęca dni i tygodnie na zapisanie notatek i streszczeń a potem bez żadnego „ale” puszcza je w świat. Kobieta złoto. Tylko żal, że nie należymy do tej samej subkultury. Tylko żal. Bez Niej Uj straciłby cały urok. Zgrabne tyłeczki i BRMC górą !!! KAZIU (Kazimierz Mardyła) – NAPASTNIK – Przebojem wdarł się do jedenastki. Niezwykle żywiołowy i szalony. Wszędzie go pełno. Goni na skrzydle, w środku, a nawet pod własną bramką. Mieć go jako kompana to zawsze przyjemność. Pewniak przy wykorzystywaniu sytuacji. Podajesz do Kazia iiiiii gool !! Rzadko zawodzi, dlatego należy mu się miejsce. A prywatnie: Kumpel od wszystkiego. Ten rok był przełomowy. Wiele imprez i wspólnych zabaw. Niejedno piwko wypite razem. Gdy dzwonie do Niego, pierwsze pytanie które mi zadaje to: gdzie i o której? W przypadku wszelakich imprez – wódź. Razem rozkręcimy wszystko. A w naukowych realiach facet piekielnie inteligentny i zdolny. Pomaga każdemu kto ma problem. No to Kaziu kiedy gdzieś lecimy...? Kocham tego gościa. Ławka rezerwowych: Wojtuś – pewny Napastnik, można na Nim polegać. Gdy jest potrzebny, to zawsze się stawi. Nie marudzi i nie zgrywa cwaniaka. G.R.O.M – Brat – Pomocnik – Brat jak Brat. Rzadko razem imprezujemy, ale jak już się uda to całą noc. Niezmordowany, kopalnia pomysłów. Megi – Obrońca – Byłaby w „11” ale troszkę zabrakło nam czasu dla siebie w tym roku. Nasza znajomość troszku podupadła. Jednak zawsze mogę liczyć na dobre słowo, pogłaskanie po główce i kochane: „nie martw się Rudii”. Gambler – Pomocnik – Wirtuoz i król dryblingów. Czasem aż sam się gubi w swoich przekładankach. Ale niezwykle oddany zespołowi. Jak pokocha to na zabój. Fajny kumpel, a o miłości to wie wszystko. Kamilka – supcio koleżaneczka, towarzyszka do imprez. Karolcia – Coraz częstsza bywalczyni naszych wypadów. Martusia – Kochana Córeczka z którą ostatnio nie mogę się spotkać. Zawsze Ją cenię i kocham rozmawiać. Wiesz Córcia, że Cię kocham, Twój Tatuś. Moja Mama – Kobieta którą niezwykle cenię bo w tym roku dała radę wszystkim przeciwnościom. Kontuzji i wszelkim problemom.
Tych osób jest naprawdę z tuzin, ale nie mogę wszystkich wymienić. Nie ma na to czasu ale i miejsca. Tym samym kończę moją notkę mając cichą nadzieję, że ktoś dotrwa do końca. Jeśli nie to chyba przyjdzie mi podzielić ją na kilka części. Zmykam spać bo już dochodzi 5 a Trussia smacznie śpi. Nie może Jej być za wygodnie... I Wy też, spijcie zawsze spokojnie.
sobota, 12 listopada 2005
Jogging Myśli...
Było grubo po 23 kiedy dobiegałem do osiedla na balickiej. Do samej giełdy zabrakło niewiele. Nie chciałem przesadzać. Ostatni raz biegałem przecież z pół roku temu,wstyd. Narzuciłem sobie spokojne tempo, częstokroć przechodząc w marsz. Biegłem sam..., mijając co jakiś czas: pijaczków, samotne pary lub kilku imprezowiczów pod lekkim gazem, szukających transportu. Wkurwia mnie to !!! Żywcem nie mam z kim ćwiczyć. No bo komu się chce, Lenie sakramenckie ! Jedynym towarzystwem podczas samotnych wypraw są wdzięczne billboardy, które rzucają na kolana hasłami. W końcu co mnie interesuje, że "Klub Pancernika klika w fotelikach" (oj Fiacik, wiemy coś o tym). Nie raz można się uśmiać, gdy widzi się np. plakat "naszego zbawiciela" Andrieja Leppera :) i hasło "Człowiek z charakterem" oraz jakże wymowny dopisek --> "z chujem w oku". Przebiegając ulicą Rydla przystanąłem na chwilę. Nawet nie wiecie jak motywacyjnie na mężczyznę może wpłynąć widok jednostki wojskowej. Trzeba studiować, oj niestety... Do służby nic nie mam, co więcej, uważam za powszechny i oczywisty obowiązek, ale na Boga nie teraz !! W momencie kiedy znalazłem sens życia i moje największe szczęście - Trussię :) 9 miesięcy bym nie wytrzymał, nie ma takiej możliwości. Coś ze mną musi być nie tak. Tęsknie, cholernie tęsknie za nogą (dla Kobitek - piłką nożną). Biegnę Bronowicką i od razu widzę zawodnika Górnika Łęczna - Grześka Bronowickiego. Mijam biuro nieruchomości "Zawadzki" i przed oczyma staje mi były junior Wisełki. Ehh... szkoda gadać, po prostu brak mi sportu. Siatka na szkolnym boisku wisi bezczynnie. Nie ma chu... nie znajdę chętnych do gry. Joggingując dalej natknąłem się na grupkę kilku szczawików. Nauczony doświadczeniem wolałem spokojnie zmienić stronę ulicy, niż wdać się w niepotrzebny zatarg. Po pierwsze - bo szarpać to się mogę, ale z jednym gościem, góra dwóm mam szanse nakopać do dupy. Po drugie - byłem wypruty z sił i moje szanse byłyby marne. I wreszcie po trzecie - takie wartości jak honor dla młodych szczyli zupełnie stracił znaczenie. Noże, tasaki, siekiery... Kształtowany przez Ojca w duchu pełnej gotowości na konieczność podjęcia uczestnictwa w bójce, zawsze trzymam w głowie pewną zasadę. Walka wręcz, jeden na jednego. Wtedy to ma sens, smaczek i jakże wielka satysfakcja płynie z takiego zwycięstwa. A bić się o Kobietę.... mmmmm pychota :))) Ale dość już o tym. Jak to Tatulek mówi: "Charakter trzeba mieć czasem w nogach", ale tylko czasem... Do głowy często wracają złe wspomnienia. Niedawnej nocy, która przyniosła łzy i smutek. Łzy od niepamiętnego czasu. Cóż tu gadać, po prostu nie mam zwyczaju płakać. Sny, a w zasadzie koszmary, które towarzyszyły mi gdy starałem się odpocząć przed kolejnym dniem, traktowały o bliskich mi osobach. Smutne, ale i częściowo nawet śmieszne. Gdy tylko zamknąłem oczy... stanął przede mną Enrico, mój kumpel i powiernik. Widok przyjaciela podcinającego sobie żyły oraz co za tym idzie, momentalnie umierającego nie było widokiem przyjaznym. Dlaczego to zrobił, hmmm to zachowam dla siebie (tak będzie lepiej)... Dziwny natomiast był sposób w jaki zacząłem zastanawiać się nad Jego pochówkiem. Po chwilowym skupieniu oraz zasięgnięciu opini Rodziców zgodnie stwierdziliśmy, że najlepiej będzie wpakować go w plastikowy worek i wyrzucić na śmietnik. Tak, oto jak powinno się żegnać bliskich z poderżniętym gardłem. Ok, zgadzam się, może jestem chory. Dużo gorszy i tragiczniejszy miał wyraz drugi sen. Otóż po odbyciu stosunku seksualnego z Evką okazało się, że jakimś cudem wdało się zakażenie... Nie potrafiłem znaleźć ani pomocy, ani ratunku. Biegałęm po mieście szukając kogoś, kto zapobiegnie nadchodzącej śmierci. Niestety, nie zdążyłem. Kontynuacją lamentu który mną ogarnął we śnie, była nagła pobudka z głową zatopioną w wilgotnej poduszce. Gdy tylko zobaczyłem moją Trussie spiącą spokojnie obok mnie, natychmiast zrozumiałem. To był tylko zły sen..., bardzo zły :(( Tak oto mijają mi noce. I uwierzcie, wcale nie oglądam chorych i zboczonych filmów. Nie mam na to czasu... "Umarł Król, niech żyje Król..." tak oto widzę swoje zaniedbanie, jeśli chodzi o wszelkie zabawy i imprezy. Słuchając od czasu do czasu opowieści Tadka o jego podbojach oraz ciągłym "wymiataniu" na deskach Kitschu, zaczynam się zastanawiać co się ze mną stało. Kiedyś weekend bez balowania i dancowania był weekendem straconym, a teraz? Teraz to wolę spędzić go w łóżeczku, przy Trussi. Oglądnąć jakiś filmik, wyspać się. Nie wiem, w końcu jakby na to nie patrzeć mój wiek nie zmusza mnie do "dziadkowania". Jeszcze chyba na to za wcześnie. Ehhh nawet spotkanie w "9" mnie nie bawiło. Ale może to na wskutek zmęczenia po czwartkowych zajęciach. Vera wyjechała na koncert BRMC i nie ma mi kto malować po notatkach. Mam nadzieje, że się dobrze bawi. "Patrz kurrrwa !!!" - to jedyny cytat który przychodzi mi na myśl kiedy powracam do tego tygodniowych wykładów i zajęć na uczelni. Otóż oczekując końca lekcji na korytarzu Instytutu Dziennikarstwa, razem z Tadkiem umilaliśmy sobie czas oglądając filmiki z jego konsolki. Taka właśnie słowna reakcja, wzbudziła ogólne zainteresowanie osób zgromadzonych na korytarzu. No myślałem, że zejdę ze smiechu. Oj poczciwy Tadziu :)))) Ale filmik wypaśny, nie powiem... Co do sylwestra to dziś jedziemy do Wysowej dopinać wszystko na ostatni guzik. Już naprawdę mam tego dosyć, a niektóre osoby po prostu jakby na złość starają się mnie wkurwić. Udaje im się. Brawa za organizację dla Lukasa i Zorzusi. Szybka decyzja i wogóle... Dziś również czeka nas wypad do Epsilonka więc będę mieć okazje przetestować swoją wytrzymałość. Oj będzie ossstrrro czuję to. Z Truśśką i Grzesiem przetańczymy całą noc. Brygada...cóż tu dużo pisać - wypaśna, trzy samochodziki. Daj Boże jutro się zebrać z łóżka... Serdeczne podziękowania dla Wojtka za tą ropkę, którą załatwił w baaardzo dobrej cenie... Moja Asconka będzie wniebowzięta. I jeszcze jeden mały quiz dla Was Kochani. Napiszcie mi KONIECZNIE bo jestem ciekaw jak sie na to zapatrujecie. Jak powinien i może być ozdobiony mężczyzna?? Jaka biżuteria jest dopuszczalna i elegancka. Jestem ciekaw odpowiedzi obydwu płci. Jakie jest moje zdanie? Hmm oprócz Kobiety przy boku jedyną ozdobą (biżuterią) może być: zegarek, łańcuszek z krzyżykiem lub np. medalikiem na szyji (ale nie wielki i ciężki łańcuch), oraz obrączka. Tyle... Dziękuje Wszystkim, którzy odwiedzili, przeczytali i pozostawili coś po sobie. Buziaki dla: Izuni, Zorzusi, Megulki,Ani oraz oczywiście mojego Skarba,a serdeczny uścisk dłoni dla: Enrico, Tadka, Gamblerka i nieznajomych. Przez moją kryptoreklamę stronki umieszczonej na opisie gada, wiem, że dużo osób odwiedza, czyta i na tym koniec... Smuci mnie to bardzo. Jeśli już zadaliście sobie trudu by przeczytać te wypociny to przynajmniej zostawcie jakiś mały ślad po sobie. Będzie mi bardzo miło i na pewno zmotywuje do dalszego skrobania. Choć pewnie wielu z Was sądzi, że nie wypada bo mało mnie znacie. Tymczasem powiem Wam, że możecie się bardzo mylić i zapewne wiecie o mnie więcej niż się spodziewacie. Pozdrawiam i całuję. Wasz notatko - kleta Rudii Czarek...
poniedziałek, 31 października 2005
Każdy problem jest duży...gdy się nie ma większego.
Tak właśnie !!! Myśl zawartą w tytule przekazała mi koleżaneczka z uczelni. Miała rację. Kiedyś zawsze się głowiłem jak usprawiedliwić moje błache problemy patrząc na to co się dzieje wokół. Miałem żal i pretensje do siebie, że o byle gówno jestem zły i łatwo mnie wyprowadzić z równowagi. Kilka ostatnich tygodni wiele nie wniosło do mojego życia. Zły byłem i to nie raz. Pierwszym powodem był nieudany wypad do Epsilonu. Wszystko dograne i ...klops. Głupio się czułem świecąc oczami przed resztą ekipy. Ale cóż Truśśka chora więc nic z tego. Ta sytuacja stała się dla mnie podstawą do kolejnych dedukcjii i rozmyślań. Mój związek z Evką opiera się na żelaznych zasadach. Czy męczących? Nigdy tak na to się nie zapatrywałem. Swoją drogą też nie wyobrażam sobie Jej spotkań czy innych wyjść z kumplami, lub bądz co bądz miłośnikami Jej urody. Wkurzałoby mnie to gdyby moja Gwiazdeczka świeciła przy boku jakiegoś innego palanta. Tym palantem w zdecydowanej przewadze wolałem być ja. Z drugiej strony patrząc na inne związki widze jak prosperują. Kochają się, wierzą sobie, ufają i nigdy nie boczą się o głupie spotkania. Każdego dnia budzę się z myślą, że za kilka godzin zobacze moją Żoneczkę. Gdy mam spędzic dzień bez Niej, wolę wogóle się nie budzić. Ale właśnie, czy takie podejście jest zdrowe? Widząc tylko siebie zamykamy się na innych. Tracimy znajomych, nie poznajemy nikogo nowego a w konsekwencjii giniemy dla świata. Stajemy się otępieni słysząc cały czas te same słowa z tych samych ust. Nie wiem i boję się, że takie spojrzenie z mojej strony nie jest zdrowe a co gorsza wprowadza jakis niebezpieczny ferment w życie. Życie dwojga szczęśliwych i kochających się na zabój ludzi. A w to ostatnie nie wątpie. Może gdzieś podświadomie chcę przetestować współczynnik mojej zazdrości, a wiem niestety, że jest bardzo wysoki. Zbyt wiele wątpliwości, zbyt wiele pytań... Brakuje mi czasów kiedy budziałem się codziennie obok mojej Trussi i chyba to, że nie mieszkamy razem i w najbliższym czasie się na to nie zanosi, kreuje mi tyle dni bez humoru. Seks nadal smakuje wspaniale, a ostatnimi czasy jeszcze lepiej. To w gwoli podsumowania :)))) No i przecież tematy łóżkowe są takie komercyjne... ach ach ach. Patrzę na znajomych wokół i widzę, że ich problemy tworzą naprawdę mocną koalicję wobec moich. Wstydzę się tych małych skaz na mych myślach i szybko staram się ich pozbyć. W końcu nie warto komplikować sobie życia. Właśnie spojrzałem na lewno. Jest 03:15 a łóżeczko zdaje się zapraszać do małego kimania. Małego, bo pośpie najwyżej 6 godzin, co i tak jest niezłym wynikiem. Co więcej przyniosło te kilka tygodni? Nie potrafię nadal wejść w obieg uczelniany. W sumie większość zajęć nużąco ciekawych :) Z drugiej strony jestem chyba nadal pod wrażeniem zdanego egzaminu u w-ce marszałka sejmu prof. Legutko. Hmmm było mineło. Co do sesji to zakończona, co zapewne może wydawać się nieco dziwne zważając na miesiąc w którym właśnie jesteśmy. Znowu czytanie "Przeglądu sportowego" na epistemologii lub ontologii nie jest też dobrym wyjściem. Brakuje mi smaczku w życiu. Może z 3 dni temu byłem z Enrico na wieczornym spacerku. Odczuwam dziwną przyjemność mogąc sobie pogadać z przyjacielem stojąc pod budką z żarciem na Wiśle. A aproposss Wisły to lepiej nie pisać... Widze, że brakuje mi tych późno-wieczornych pogaduszek, czasem zakropionych piwkiem. No ale cóż, każdy z nas ma swoje zajęcia. Nie jest łatwo. Zimno się robi a ja znów przysięgłem sobie powrót do joggingu, ćwiczeń i dobrego odżywiania. Nie mogę codziennie stawać przed lustrem i grymasić, że jakiś mały fragment ciała zupełnie nie pasuje do reszty. Troszkę zapuściłem się w złą stronę, ale powracam do tego co dobre. Kickboxing chyba na dobre poszedł na razie w odstawkę, przez co głupio się czuje w stosunku do Łukasza, któremu z wielką zapalczywościa przedstawiałem moje wielkie zaangażowanie. No cóż, nie chce mi się dymac co dwa dni do Mydlnik, a przede wszystkim uczelnia wszystko komplikuje :( Muszę jednak znaleźć sobie jakieś sportowe zajęcie. Nadal nad tym pracuje. Cały czas pozostaje pod wrażeniem dwóch pioseneczek: Mattafix "Big City Life" i Pin "Bo to co dla mnie". Pomimo, że ta ostatnia jakoś specjalnie nie odwzorowywuje mojego stanu ducha to jednak kręci mi się łezka w oku gdy ją słucham. Ostatnimi czasy stałem się dziwnie sentymentalny. Ponadto powracają wspomnienia snu z pewną osobą w roli głównej. Czy sny mogą powodować wyrzuty sumienia?? Niby nie, a jednak mnie to troszkę gryzie. Dawno nie imprezowałem i wydaje mi się, że mam zbyt wiele czasu na niepotrzebne przemyślenia...bardzo niepotrzebne :/ W każdym razie w tym tygodniu i w najbliższych muszę nadrobić stracony czas. Tylko Evka wyzdrowieje to poszalejemy. Epsi i "te sprawy". Z pracą też cieżko bo Księżulkowie sie nie odzywają, ale na razie na spokojną egzystencję mi wystarczy. Brakuje mi snu i chyba pisanie "tego czegoś" nie sprzyja wypoczynkowi. Zresztą ciekawi mnie kto to przeczyta i komu się będzie chciało. W każdym razie kto dotrwa do końca, temu gratuluje. Pozdrowienia dla wszelkich znajomych, których tu nie wymienie bo zebrałaby się nie mała lista. A szkoda oczu nadwyrężać... No nic zmiatam, z pewną dawką podkurwienia zaprzątającego moją głowę... Nic...
Czasami człowieka nachodzi ochota by napisać kilka słów, a potem oddać je wnikliwej ocenie i interpretacji potencjalnych czytelników. Tylko kto będzie chciał, kto poświęci choć chwilę, by rzucić okiem na nędzne wypociny o niczym...? Do podjęcia decyzji o założeniu tej stronki potrzebowałem kilku minut. Kiedyś wielokrotnie biłem się z myślami idącymi w tym kierunku. No bo po co to komu... Okazywanie wszelkich wątpliwości, rozdrapywanie ran i czyszczenie sumienia na forum, traktowałem jako zabawę typową dla amerykańskiego nastolatka. A stukając w klawiature 31 października o 02:20 chcąc czy nie chcąc mam już lat 21. To dziwne uczucie coś zaczynać. Nawet nie wiem czy ma to jakis konkretny sens, ale wiem że muszę spróbować... Tytuł " Na przekór marzeniom" zawsze mnie fascynował. Jakkolwiek by na to nie patrzeć w jakiś sposób był mi bliski. Czynić coś, co burzy porządek i stawia na głowie życie zawsze należało do moich ulubionych zajęć. Gdy odwracam głowę i patrzę za siebie, to wszystko zdaje sie poukładane. Każdy fragment życia, które już za mną ma swoje miejsce w odpowiedniej szufladce. Tej z dobrymi decyzjami i ze złymi. Których jest więcej nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Wirtualny, internetowy pamiętnik potraktuję jak wszyscy pozostali użytkownicy. Opiszę w nim moje zajęcia, po prostu to co w odpowiednim czasie zajmie mi czas. Dla niektórych może sie to wydać dziwne, dla niektórych nudne. Mam jednak cichą nadzieję, że choć jedna osoba którą zapytam o wrażenia, odpowie coś miłego. Może zaczynam zabawę w bloga dla przyjemności, może dla rozrywki, ale być może i po to by usprawiedliwić czas którego czasem nie jestem w stanie poświęcić moim znajomym. O sobie pisać nie będę. Jeżeli jest ktoś bliżej zainteresowany moimi zainteresowaniami, preferencjami, zajęciami to odsyłam na www.rudziaszek.fotka.pl. Cóż więcej... zaczynam. p.s ---> Cóż, nie wszystko będę mógł tu napisać, nie pozostawie całej nagiej prawdy. Coś będzie we mnie drzemać tylko dla moich myśli. Zbyt wiele osób wie o istnieniu tej stronki, lub niebawem się dowie. Cała prawda i pełna szczerość nie zawsze jest dobra... nie zawsze popłaca... |